Kizia...

Odeszła wczoraj. Moja mała kocia dziewczynka. Dopiero gdy odeszła dotarło do mnie, że jej istnienie to jednocześnie bardzo mocno moja tożsamość...
Dzięki niej jestem kociarą.
Wychowuję kota i troszczę jak o dziecko. Jest Miłość i odpowiedzialność.
W domu po pracy czeka na mnie ona, wita, nawet miałczenie rozumiem... że głodna, że nudno, że głupie ptaki za oknem, choć się przytul...

Ona rozumiała moje smutki - kładła się na mnie, mruczała i było to najlepsze lekarstwo w trudnych chwilach. W takim futrzaku jest czastka opiekuna i w sercu opiekuna jest futrzak.
Nie miałam jak pomóc wczoraj a mimo to czuję, że ją zawiodłam.
Jeszcze wczoraj była. Minął jeden dzień a taka ogromna tęsknota.

Wcześniejszy post na tym blogu był o kalimbie. Kizia bardzo chętnie jej słuchała i nasze ostatnie wspólne wieczory były przy tych kojących dźwiękach. Szyłam w jej asyście - zawsze ciekawa co się aktualnie szyje i była zawsze gdzieś obok.

Odeszła za szybko - to był wypadek. Płakaliśmy z synkiem wczoraj cały dzień.
Dla niego ten kot to trochę jak siostra. Dziecko często mówiło, że ma mamę, tatę i Kizię i nikogo więcej nie potrzeba.
Nie przyjmuję do wiadomości że to "tylko kot". Kot niewielki, ale mieszkanie stało się puste. Serce pękło 12 sierpnia tego durnego 2020 roku.

Piszę trochę terapeutycznie. Teraz swoje trzeba wypłakać - przechorować. 

Mój kotek
























"Kiedyś mnie spotkasz, bo przyjdę do Ciebie,
znów Cię uściskać, pogłaskać po uszkach,
przybiegnę prędziutko odszukać Cię w niebie,
poczekaj cierpliwie na nieba poduszkach."